Kategorie: Wszystkie | ..:: Info | .:.. Inwestycje | .:.: Przeszłość | .::. Wizje i Opinie | :..: Foto | :.:: Miejsca
RSS
niedziela, 15 czerwca 2008
Dylemat

Cztery miasta, cztery duże imprezy, jeden dzień. Bytom, Chorzów, Radzionków i Ruda Śląska. W ten weekend wszystkie te miasta obchodziły swoje święta. W każdym było bardzo fajnie, tylko dlaczego sąsiedzi w jednym czasie musieli organizować podobne imprezy?

Dla mnie to wielka zagadka, która źle świadczy o organizatorach powyższych imprez. Dlaczego? Bo najwidoczniej nie sprawdzili kiedy inne miasta szykują swoje święta. Ja wczoraj przeżywałem poważny dylemat: iść na koncert Maleńczuka na bytomskim Rynku, czy na Brodkę i Hey w Chorzowie. W tym samym dniu Brodka zagrała jeszcze w Radzionkowie, a w Rudzie można było poskakać w rytm utworów Dezertera, Cree, KSU, czy Acid Drinkers. Dziś sceny w Bytomiu i w Rudzie oddane zostaną artystom kabaretowym. 

Z powodu podobnych repertuarów mieszkańcy muszą wybierać - zostać w swoim mieście, czy jechać do "sąsiada"? Do takich sytuacji nie powinno dochodzić, ponieważ tracą na tym miasta, sklepikarze i sponsorzy. Ci pierwsi i ostatni poprzez takie wydarzenia chcą się promować. Gdy na imprezie pojawia się mniej ludzi, to efekt ich starań jest zdecydowanie mniejszy. Za to jeśli byłyby one organizowane w różne weekendy, pojawiłoby się na nich znacznie więcej ludzi, a to z kolei na pewno pozytywnie odbiłoby się na promocji miast i sponsorów.

W perspektywie powstającej metropolii jej członkowie powinni ściślej współpracować ze sobą w kwestiach kulturalnych. Bezmyślna rywalizacja, jak opisana powyżej, do niczego nie prowadzi. Za to wzajemnie się uzupełniając można zyskać znacznie więcej.

sobota, 26 stycznia 2008
Czy katowicka moderna ma szansę na UNESCO?
Na te i inne pytanie muszę odpowiedzieć i udowodnić już tego wieczoru/nocy. Czas zabrać się za jedną z kilku prac semestralnych na uczelni.
A tym czasem warto myślę obejrzeć wywiad z dr Georgiem Arbidem, specjalistą od Karola Schayera. Facet pisze książkę i "poluje" na ślady Schayera na Śląsku i Zagłębiu. Totalny maniak. Przyklasnąć! Oby nasi urzędnicy mieli choć 10% pasji i wiedzy dr Arbida... z Libanu...


wtorek, 11 grudnia 2007
Kilka światów katowickiego dworca

Pamiętacie może mojego poprzedniego bloga? Peron2.blox.pl. Swego czasu kultowa rzecz. To cieszy do dziś. Też o Śląsku. Z naciskiem na komunikację publiczną i dworzec, na którym bywałem kilka razy dziennie. To właśnie dwuletnie pisanie Peronu upoważnia mnie do popełnienia takiego eseju. Zachęcam, mimo, że długi.

Katowicki dworzec kolejowy, drugi co do wielkości w kraju, uważany jest jednocześnie za jeden z najbrudniejszych. Ma jednak swoich zwolenników, którzy nie zgadzają się z pomysłem jego wyburzenia. Dla nich ten dworzec ma w sobie coś magicznego.

Codziennie mijałem setki, a potem już tysiące ludzi, zapatrzonych przed siebie, mocno ściskających w dłoniach bilety, walizki i krakowskie obwarzanki. Na dworcu bywałem często przez pierwsze dwa lata studiów, jeżdżąc z Sosnowca do Katowic, a stamtąd do Zabrza. Spędziłem w pociągach kilkadziesiąt dni. W tym kilka na samym dworcu. W końcu zrozumiałem, że stałem się jego zakładnikiem, a potem...częścią.

Katowice są podzielone jak średniowieczny Londyn. City wyrasta setkami anten i szklanych domów, po drugiej stronie szarzy się ceglany las portali. Wyjątkowo mroźne zimy nie łączą wcale obydwóch brzegów. Środkiem miasta płynie żelazna Tamiza, nad którą mostów nie ma. Dlatego ludzie przedostają się na drugą stronę podziemnymi tunelami. W dworcowych katakumbach i labiryntach nie jest ciepło, bo nie są na tyle
blisko piekła. Czuć jednak odór siarki, o którą biją się łajdacy, stęchłego moczu i papierosów bez filtra. Krążyły pogłoski o psychopacie, który miał szafir w oczach. Wyskakiwał z zgrzybiałych galerii i wbijał strzykawkę. Nie należał do hordy tych, którzy najpierw żądają pieniędzy. Słuch po nim zaginął, gdy pojawił się On.

Facet ubrany w czarny prochowiec, nie patrzył nikomu w oczy. Łamał golenie jak setnik i ciął szaty jak setnik. Superbohater na jeden sezon. Szczurołap z dworca głównego. Też nie miał domu, ale miał zasady. Mówią, że wyszedł z jednej ze szczelin i tam też wrócił. Dziś bezpieczniej przechodzi się na drugi brzeg, nawet mnie...
Mimo wszystko wyprawa pomiędzy korzonkami betonowego miasta budzi niepokój, u każdego.


Na Śląsku, miejscu wypełnionym kwintesencją socrealistycznego myślenia przestrzennego (oczywiście nie tylko!), dworzec ma swoją określoną pozycję i rangę. Ludzie często używają wobec niego określeń takich jak "naj"... - Zdecydowanie najbrudniejszy dworzec w Polsce, co ja mówię, w Europie - mówi Monika, studentka romanistyki. - Można by było jeszcze się zastanawiać nad jakimkolwiek remontem, ale tu chodzi o przerażający smród i duchotę - dodaje Ania, również codziennie korzystająca z dworca. - Burzyć czy nie burzyć dziewczyny? - Burzyć! - odpowiadają jednogłośnie.

Ale są ludzie, którzy mówią "dworca nie oddamy". I nie chodzi tu o grupkę dworcowych kupców czy bezdomnych. Chodzi np. o architektów... I to z całego świata. Co udowadniał nam kolega Tomek Malkowski z Gazety.
Jacek Tomaszewski ze Stowarzyszenia Moje Miasto: - Katowicki dworzec PKP jest jednym z najwybitniejszych przykładów architektury brutalistycznej na świecie (brut z franc. surowy). Dzięki zastosowaniu nowej technologi, jaką był wtedy szalunek wraz z żelaznym zbrojeniem, wypełniany surowym betonem, architekci mogli pozwolić sobie na kształtowanie nowych konstrukcji - przekonuje Tomaszewski. - Takim przykładem jest katowicki dworzec i zastosowanie w jego projekcie konstrukcji hiperbolicznych kielichów, stanowiących dominantę konstrukcyjną - dodaje.


Nigdy nie patrzyłem w górę. Zazwyczaj przed siebie albo po nogi. Świadomość wylądowania na szaroburej posadzce pokrytej nieciekawymi substancjami mocno trzymała mnie w pionie.
Zastanawiam się czy tęskniłbym i rozpaczał, gdybym pewnego dnia zamiast zakorzenionego betonowego giganta zobaczył puszkę szkła i stali... Po głębszym namyśle mówię. Tęskniłbym. I tak twierdzi spora część mieszkańców Śląska. Dworzec ma swoją magię. Mimo, że przewija się przez niego tysiące osób dziennie są miejsca, w których nie był nikt. Ot choćby tajemnicze drzwi żelazne pomiędzy kolorowymi billboardami. Stałem nie raz przed nimi i myślałem do jakiego świata prowadzą. Co lub kto żyje pod peronami, pod miastem. Nade mną małe stalaktyty, które bezczelnie zwisają w sąsiedztwie małej szczeliny, ociekając wilgocią. Kapnęła kropla. Na powierzchni pewnie przechodzi burza... Nie słyszę dokładnie, bo dokoła muzyka i stukot milionów butów.


Albo historie, które zapadły mi w pamięć. Setki. Nie sposób było być jak miedź brzęcząca. Kiedyś widziałem ją jako elegancką kobietę. Zawsze w żakiecie – nigdy bez torebki. Czytała Twój Styl i pachniała swoją szlachetną trzydziestką.


Pewnego dnia jątrzyła się czerwona szrama na jej skroni, znikając prędko pod słonecznymi okularami. A gdy kobieta ubiera okulary przeciwsłoneczne w pochmurny kwietniowy dzień, rodzi się złość, albo chęć poznania tego s... Pracowała ciężko, aby jak najbardziej schować twarz, pełną goryczy. Schować przed żurnalistycznymi i zarazem czysto detekcyjnymi spojrzeniami tych, którzy przecież nic nie rozumieli. Takiej goryczy sprzed kilku chwil, może sprzed chwili, tego mi było żal. Jej 8-letni synek tak jakby na nią nie działał. Zaabsorbowany dużą podróżną torbą wołał coś co jakiś czas, a ona tylko zaczesywała dłońmi zaskakująco tłuste włosy.
- Mamo – grymas. – Mamo! – powtórzył – ja chcę Kubusia. - Słońce, nie mam Kubusia. Herbatka troszkę ostygnie w termosie to się napijesz. Kupię ci dużego Kubusia w Krakowie. - Z Jagodami? - Z jagodami, z jagodami – w tym samym momencie, spojrzała na mnie, wzrokiem jakby oskarżycielskim, jakbym to ja wypił, jakbym to ją bił? Albo jakby chciała powiedzieć „pomocy".


Albo zupełnie inny świat: - Do Sosnowca jedzie? - Do dupy! - Acha, a wolne to miejsce? - Zasrane (z akcentem na "sss' i "rrr") - Tu jest wolne proszę pana - A, dziękuję...

Albo jeszcze inny. To był, że tak powiem, kurs sponsorowany. Wolne? Wolne? Wolne? Tak. Tak. Tak. Trzy płaszcze smoliste, trzy nesesery, trzy inne wody kolońskie, trzy sapnięcia. No! Byłem sam pośród nowej, kapitalistycznej, przedsiębiorczej Polski.
– No Kazik. Widzisz. Jedziemy wszyscy z Warszawy. W końcu się spotykamy. I to na miejscu. Ale do Częstochowy to jechałem Ondraszkiem, potem się przesiadłem na ten wasz. Na którą masz być w Gliwicach?
- tubalnie wyrecytował, oparty o kolana własne.
Obok siedziała kobieta. Kobieta! Szykowna babeczka. Czterdzieści sześć, czterdzieści siedem lat. Młodsza o kilka lat. Gdy kolega Kazika ją zauważył, powtórzył prędko pytanie, puszczając żurawia na czytającą. - Księgowa? - pomyślałem.
– To znaczy na którą masz być w Gliwicach na posiedzeniu rady? Aha, aha, no tak.. Nie, no, to słusznie, słusznie. Ja jutro rano mam posiedzenie - rzut oka - mam posiedzenie rady. Omówimy dokapitalizowanie z ministerstwa. Ty! A wiesz kto został szefem departamentu? No.. no. No dokładnie - rzut oka - Skurczybyk. No. Ale w Konstancinie bankietem już czuć - rzut oka - No! Skurczybyk. Księgowa uniosła wzrok. Kazimierzowy kolega brylował. – Ja w Gliwicach? No za jakąś godzinę mam spotkanie. Co? No, nie, no, Kazik. Jaka kochanka – zaśmiał się, wpatrzony szpiegowsko w kobietę. Język wyciągnął, umieścił go w kąciku ust i rzucił w kierunku czytającej: - Ale ja tam kochankę chętnie! Jeszcze swoją młodość trzymam na wodzy. Ale jak spuszczę to wiooo! - i barytony trzy spuściły swój śmiech.
Wtem wtrącił się zasapany Jerzy. Nieśmiały chłop chyba jednak.
– Panowie spójrzcie, co dostałem od pośredników. Palmtopik. Oklaski. Perfumki za tyle i tyle. Oklaski. Sekretarzyk, skóreczka. Oklaski.
– A to co?
– To jakiś... no ten, komputerek.
– Pokaż. Nie, no, masz tu temperaturę. Oklaski. I Budzik. Oklaski. A wagę?
- No Panowie! Co tak stoimy? Jedźmy już!

Nieopodal dworca PKP znajduje się stary dworzec. Służył miastu, gdy te zwano jeszcze Kattovitz. Może tam przenieść to mrowisko? Przy ulicy Dworcowej stoi słynna "Trzynastka". Kultowy róg kamienicy. Niewiele wiem o niej. Nawet nie jestem pewien czy dobrze robię, nazywając to "rogiem kamienicy". Czytałem kiedyś w pociągu w "Wyborczej". O śpiewającym z okien sąsiedniego hotelu Janie Kiepurze, o Eugeniuszu Bodo, czerwone dywany, takie tam... cuda. Czesław Rymer, syn Józefa Rymera, pierwszego wojewody śląskiego, pisał "Z dzieciństwa pamiętam taki obraz: po czystych ulicach powoli suną dorożki. Wszyscy ludzie elegancko ubrani - i dyrektor, i robotnik. Krój ubrania mają taki sam, tyle że pierwszy zapłacił za materiał 60 zł, a drugi - 12 zł". Widziałem to. zamknąłem oczy i widziałem to. A teraz spojrzałem na Stary Dworzec. Czy ktoś z państwa truchtających bezmyślnie wie, że to kiedyś był dworzec. Wielki, cudowny. Klasycystyczny gmach o dwóch symetrycznych, dwupiętrowych skrzydłach bocznych. W tympanonie nad głównym wejściem zawieszono zegar.

Na dworcu otwarto restaurację, z której korzystali nie tylko podróżni. W latach 70. XIX w. bowiem modne było wśród mieszkańców Katowic w niedzielne popołudnie delektowanie się kawą czy piwem i jednoczesne obserwowanie ruchu podróżnych oraz pociągów, zwłaszcza odjeżdżających w stronę granicy. Restauracja dworcowa słynęła także z przyjmowania pierwszym posiłkiem ważnych gości, przybywających do Katowic na uroczystości państwowe. Na dworcu odbywały się odprawy celne jadących do Sosnowca lub dalej, dlatego część jego hal nazywano polskimi. Z dworca w Katowicach odjeżdżały codziennie 184 pociągi, w tym 68 osobowych...
Dziś sprzedają tu tapety. To znaczy w jednej jego malej części. Na chodnik otwarte były szeroko drewniane drzwi. Szerokie, wysokie, łukowate drzwi. Podrapane farbą. Albo z podrapaną farbą.

Zatrzymałem się i obróciłem głowę w prawo. To wejście główne zamordowanego dworca. Powiało chłodem. Wnętrze było kompletnie zniszczone. Czułem to po zapachu wilgoci, który się musiał przedtem odbić wiele razy od biało-brudnych ścian. Mam taką specyficzną echolokację. Rozglądnąłem się wokół. Parkingowa szła do właśnie parkującego Citroena. Wszedłem.


Na pierwszym planie potężnej hali, której kubatura przypominała dawne szafy grające, zobaczyłem potężną kotarę z folii. Gruba folia, zamazywała wszystko. Na jej tle zdążyłem zobaczyć tylko kogoś, kto mignął w biegu. Człowiek. Rozsunąłem ją na boki, a przyznam, że ręka buntowała się chwilę i moim oczom ukazała się już większa część hali. Pusta, brudna, mokra. Nie było nikogo. Zamknąłem oczy. Kobiety w okrągłych czapeczkach, kapelusze z różą, złote fale na krótkich włosach. Panowie trzymające je pod rękę, surduty, fraki. Te kapelusiki. Zawsze je lubiłem... Podbiega do mnie jakiś chłopiec z zawieszoną papierośnicą. Otwarłem znów oczy. Wyciągnąłem rękę po papierosa...

Pytam jeszcze raz Jacka Tomaszewskiego ze Stowarzyszenia Moje Miasto: - Jacku, ale opinie ludzi są podobno bezlitosne. Mówią, że dworzec po prostu przeraźliwie śmierdzi. - Dobrze, ale gdy jesteś brudny to się myjesz czy popełniasz samobójstwo...?



poniedziałek, 03 grudnia 2007
Nazwa nie ma znaczenia!
Od dłuższego już czasu przewija się na łamach wszelkiej maści mediów tradycyjnych i elektronicznych temat ustawy aglomeracyjnej (czego odzwierciedleniem są również tutejsze wpisy), mającej w opinii wielu stanowić "lek na całe zło", dzięki której możliwe okaże się usprawnienie decyzyjności w skali całej konurbacji. Jak to zwykle bywa w sporach toczonych publicznie, zamiast skupić się na istocie problemu, znaczna grupa osób położyła akcent na, nie bójmy się tego powiedzieć, sprawach drugorzędnych. Za taką drugorzędną sprawę uważam nazwę. Bo to nie ona będzie przyciągała ludzi i kapitał, ale sprawność i kompetencje administracji samorządowej jak również warunki życia i inwestowania, które z nazwą nic wspólnego nie mają.



Za wzór co rusz przytacza się Ruhrgebiet. Więc zastanówmy się, czy Ruhrgebiet odniósł sukces dzięki chwytliwej nazwie? Ani nie jest łacińska, ani łatwa do przeczytania dla Brytyjczyków, Japończyków lub Francuzów. Tamtejsi mieszkańcy po prostu sprawili, że za tą nazwą kryją się dobre skojarzenia, dlatego jest pamiętana, nie dlatego, że jest gładka i ma "potencjał marketingowy". Aglomeracja to nie serek homogenizowany, który kupujemy, bo nazwa "przyciąga".
Dyskutujmy o nazwie, jasne, ale niech ta drugorzędna kwestia nie przysłania nam istoty problemu, jakim jest instytucjonalny kształt aglomeracji określony w ustawie. Mimo usilnych starań nie dotarłem do pełnej treści "projektu" ustawy aglomeracyjnej, wyniku wielomiesięcznych prac legislatorów byłego wojewody Pietrzykowskiego. Poza prasowymi (a więc ze swej natury niewiele wartymi) komentarzami znalazłem na sieci kilka nieautoryzowanych fragmentów tejże, byłem również świadkiem zakulisowych rozmów po ubiegłotygodniowej debacie w Kinoteatrze Rialto. I co się okazało? Legislatorzy wojewody bezpardonowo zerżnęli (włącznie z dosłownymi tłumaczeniami nazw federalnych instytucji kraju związkowego Nadrenia Północna-Westfalia) niemałą część niemieckiej ustawy z 1995 r. powołującej aglomerację Zagłębia Ruhry. Już sam ten fakt budzi we mnie głęboki sceptycyzm co do wartości tego, być może już niedługo, projektu ustawy (projektem będzie formalnie po wniesieniu do laski marszałkowskiej).

A więc o tym rozmawiajmy, to ma realne znaczenie, żądajmy by w prasie codziennej pojawiały się komentarze profesjonalistów - praktyków samorządowców, prawników zajmujących się ustrojem terytorialnym, socjologów miasta, ale również liderów lokalnej opinii publicznej. Echa tych komentarzy i wartościowszych głosów opinii publicznej być może dotrą do decydentów. To nas przygotuje w większym stopniu do zmian niż spory o nazwę, a im lepiej będziemy przygotowani jako społeczność obu części aglomeracji, tym większa szansa powodzenia projektu. Na koniec jeszcze przypomnę osobom wyolbrzymiającym znaczenie liczby populacji przyszłego organizmu pewną "oczywistą oczywistość"- to nie wielkość jest ważna, lecz jakość. Ile jest wielomilionowych bezimiennych metropolii na świecie? A jak wiele jest niewielkich miast, które kojarzy nawet dziecko?

niedziela, 02 grudnia 2007
SILESIA albo... dajcie sobie spokój


Zaskoczył mnie totalnie najnowszy materiał na witrynach "Gazety". Tytuł sugeruje, że internauci nie chcą nazwy Silesia dla przyszłej metropolii. Jacy internauci? Zobaczslask.pl? To wszystko?
Tymczasem w ponad stu komentarzach pod tekstem jakieś 90% oburzonych internautów naciska "Silesia i tylko Silesia". Nie ma się co dziwić.
W dobie marketingowych przepychanek chwytliwość, rozpoznawalność i siła przebicia jest najważniejsze. Również a marketingu geograficznym. Silesia silnie przyciąga. I to nie tylko hasło wypromowane przez Gazetę Wyborczą jakiś czas temu lecz fakt. Z całym szacunkiem, ale grono kilku niewątpliwych autorytetów nie może decydować za tych, którzy przyszłą metropolię mają budować, kreować oraz z niej korzystać.
Nie powiem głośno ile warta marketingowo jest nazwa np Górnośląsko-Zachodniomałopolski Obszar Metropolitarn czy Śląsko-Dąbrowski Okręg Metropolitarny?. Ludzie, szanujmy się! Albo powiem...Tego typu hybrydy kilkuczłonowe warte są tyle ile podrzędna mleczarnia, specjalizująca się w produkcji twarogów.
Adres witryny... GZOM.com SDOM.com? Proszę...
- No ale historia, tożsamość, kultura... - ktoś powie. Dobrze, ale czy to jest determinantą wszystkiego?
Np taka HAGA to nazwa zgodna z prawdą w 100%? Nie. Powinna nazywać się tak naprawdę Den Gravenhage. Ale kto to zapamięta i skojarzy?

Zapytałem znajomych co o tym sądzą. Tak samo jak prawie 90% młodych ludzi i internatów chcemy Silesii. Bo choć nazwa jest najmniej ważna, to docelowo chcemu mieszkać w supermieście, którego powstanie naprawdę coś będzie znaczyć. I to właśnie młodzi ludzie, również z Zagłębia jak niedawno zaobserwowałem, odstawiają na bok chore podziały, lansowane lub podsycane przez niebezpiecznie zacietrzewionych ludzi i organizacje. I tak żyjemy w jednym organizmie miejskim i tak. Mieszkańcy Zagłębia boją się silezjanizacji. Ale to tylko z braku wiedzy na temat przemian osadniczych. Czy ktoś z was może powiedzieć, że Gdynia uległa gdańszczanizacji w Trójmieście? Jak to jest, że Gdynia i Gdańsk mogą razem walczyć o wspólne a u nas Zagłębie wzorów Gdyni nie chce kopiować? A wzór jak widać po efektach godny naśladowania.
Spokojnie, zawsze będziesz sosnowiczaninem czy mieszkańcem Kochłowic. W ramach Silesii. Ale daj się jakoś naszej konurbacji pokazać.



Protest środowisk wrocławskich pokazuje nam jak na dłoni jedno. Wrocław się boi. Wie, że "produkt" w postaci znanej już i powoli rozpoznwalnej nazwy Silesia (zobacz wątek na skycrapercity) przejmie większość inwestycji i zmieni punkt ciężkości na całym Śląsku. Więc im bardziej Wrocław się boi tym bardziej powinniśmy bronić koncepcji.
Silesia Aiport Pyrzowice, miasta satelickie metropolii - Częstochowa, Bielsko, Opole, Kraków...

A co do nazwy. Dotychczas nikt nie buntował się przeciwko nazwie województwa Śląskiego. Bo co to województwo prawda? Natomiast powstanie miasta większego od Paryża to już problem. Ale o czym my tu rozmawiamy... Uderzcie sie w pierś i powiedzcie ile razy zdarzyło wam się zaobserować, że ktoś mówił "jadę na Śląsk", "przyjechaliśmy ze Śląska na narty" i miał na myśli GOP a nie Wrocław...
Miejmy nadzieję, że Silesia to kwestia czasu i pragmatyzm weźmie górę nad nieuzasadnionymi podziałami. Albo Silesia albo dajmy sobie spokój. Każde inne rozwiązanie tylko skomplikuje sprawę.

P.S. Autor bloga jest zwolennikiem spolszczonej nazwy Silezja. Ale to tylko osobisty typ ;)




niedziela, 21 października 2007
Silesia Megalopolis czyli OSSA w Gliwicach

Serdecznie zapraszamy na na tegoroczną edycje warsztatów OSSA, których tematem jest żywo dyskutowane zagadnienie przyszłości naszej aglomeracji. Impreza odbędzie się pomiędzy 21 - 25 pażdziernika 2007 roku a organizowana jest przez „OSSA". Jest to Ogólnopolskie Stowarzyszenie Studentów Architektury powstałe w 1997 roku.

Organizatorzy piszą: - Temat tegorocznych warsztatów –"Silesia-megapolis?" - jest zagadnieniem aktualnym i interesującym opinię publiczną. Jesteśmy przekonani, iż poruszając ten temat stworzymy okazję do interesujących warsztatów, a także debaty publicznej na temat przyszłości i koncepcji funkcjonowania megamiasta.

Uczestnicy:

_grupa stu studentów architektury i urbanistyki polskich uczelni architektonicznych biorących czynny udział w pracy warsztatowej, a także pięciu studentów architektury z zagranicy – z Niemiec i Turcji,
_wykładowcy i moderatorzy 10 grup warsztatowych; swą obecność na warsztatach potwierdzili architekci, urbaniści, wykładowcy akademiccy z kraju i zagranicy (szczegóły w załączniku – pakiet informacyjny o warsztatach),
_słuchacze wykładów i dyskusji, na które wstęp będzie nieodpłatny; liczymy na obecność mieszkańców regionu i przedstawicieli organizacji pozarządowych.

Patronat honorowy nad warsztatami "OSSA 2007 Gliwice" objął Jego Magnificencja Rektor Poltechniki Śląśkiej, Marszałek Województwa Śląskiego Pan Janusz Moszyński, a także 14. Prezydentów Miast należących do Górnośląskiego Związku Metropolitarnego. Przedsięwzięciu patronuje także Stowarzyszenie Architektów Polskich SARP o/Katowice, Towarzystwo Urbanistów Polskich, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana.

Szczegółowe informacje można znależć pod tym adresem.

poniedziałek, 17 września 2007
Czy Kazimierz Kutz powinien dostać kolejną szansę?

Notka wyjątkowo zabarwiona lekko polityką. Tego wymaga sytuacja.
Kazimierz Kutz, autor wielu świetnych filmów, które do dziś jako młody człowiek mogę oglądać chętnie kilka razy ale również autor "dupowatości Śląska" będzie startował po raz kolejny do parlamentu. Z listy PO. Z resztą to nieistotne z jakiej listy. Moje subiektywne odczucie jednak krzyczy głośno "nie wypada", "to nie jest powód do laudacji".

Pan Kazimierz Kutz przez wielu ludzi z zewnątrz uważany jest za ambasadora Śląska w Polsce. Niesłusznie. Nie sztuka pięknie mówić, nie sztuka, ze tak powiem - lansować się na reprezentanta regionu, samozwańczego mentora. Mam wrażenie, że ten człowiek, który malował nas, mieszkańców regionu w swoich filmach tak pięknie, dziś żyje jeszcze tamtymi zasługami. I bardziej niż realnymi problemami śląska zajmuje się występami w TVN24 a propos tragedii na katowickich targach, nad grobem Barbary Blidy, w studiu telewizyjnym opowiada o przyczynach tragedii w Halembie. I zawsze kąsa przeciwny obóz polityczny. To ohydne. Posądzicie mnie o agitację, o politykierstwo. Ale ja nie o tym... Moją frustrację niech zobrazuje pewna sytuacja:

Do dziś nie mogę zapomnieć jednego z odcinków "Sprawy dla Reportera", gdzie zdesperowani górnicy i ludzie branży ze łzami w oczach mówili jak ich wyzyskiwano, kazano kraść, jak kazano milczeć na temat lewej kasy itd. Kazimierz Kutz rozpoczął natychmiast mowę: "Tak, Śląsk jest traktowany po macoszemu, nie wyciąga się do niego ręki, nie wspomaga, to musi się zmienić, ci ludzie potrzebują wsparcia". Na to jeden z górników wykrzyczał: "Panie Kazimierzu, a gdzie był Pan, jak Pana potrzebowaliśmy. Telefony, listy, petycje, na żadną prośbę Pan nie odpowiedział z tej Warszawy". Publicysta Przekroju wyraźnie zbladł. Zarówno na twarzy jak i w moich oczach. I przepraszam Panie Kazimierzu, tak już jest do dziś...

Moim zdaniem nie powinien Pan dostać kolejnej szansy. Więcej zrobi Pan dla Śląska, dobrym, współczesnym filmem.
sobota, 19 maja 2007
Głupota czy nienawiść, czyli złomiarze na cmentarzu...
Kiedy niedawno na nazistowskiej stronie redwatch.info pojawiło się zdjęcie uczniów z zabrzańskiego Centrum Kształcenia Zawodowego i Ogólnego, którzy wraz z Dariuszem Walerjańskim sprzątali tamtejszy cmentarz żydowski pomyślałem, że to jakiś głupi dowcip.
poniedziałek, 26 marca 2007
Logo. Które waszym zdaniem najlepsze?
czwartek, 22 marca 2007
Katowice. Miasto moje widzę...
Wyjeżdżam i wracam, wyjeżdżam i wracam, wyjeżdżam i wracam, i tak, niczym w błędnym kole żywota Fryderyka Nietzschego, już ładnych parę lat. Wyjeżdżam na dłużej bądź krócej, dalej lub bliżej. Wracam do tego „grajdołka”, jak niektórzy nazywają Katowice, a który ja nazywam moją prywatną Austerią. Wracam, przystaję, patrzę i widzę…
O śląskim społeczeństwie obywatelskim ciąg dalszy...
W swoim ostatnim wpisie settembrini wspomniał o Stowarzyszeniu Moje Miasto. Jako, że jestem członkiem tej organizacji poczułem się w pewnym sensie wywołany do tablicy. W związku z tym poniżej prezentuję, krótki opis działalności i osiągnięcia Stowarzyszenia.
piątek, 09 marca 2007
Otwarci na swiat?
Jest w nas, mieszkancach Gornego Slaska, jakas naturalna sklonnosc do etnocentryzmu. Swiadczy o tym chociazby nadwyraz rozbudowane slownictwo okreslajace proweniencje naszych "nowych" wspolmieszkancow. Ilez to razy spotkalismy się z okresleniami typu pniok, krzok, hanys, krojcok, gorol, hadziaj, werbus i pewnie szeregiem kolejnych, których przywolac nie jestem w stanie?
Śląsk A.D. 2018 - wersja alternatywna
Mamy rok 2018. Przetrwaliśmy "koniec świata wg Majów" i inne, podobne kataklizmy. Miasta tak szumnie proponowanej jedności i wspólnoty dalej są autonomicznymi jednostkami miejskimi, pozostającymi jednak w Związku Metropolitarnym, który nie ma większego znaczenia dla zwykłego obywatela. Koniec końców, jesteśmy tam, gdzie byliśmy, ale rzeczywistość jest jakby inna. Oto wersja alternatywna przyszłości miast Aglomeracji Katowickiej.
czwartek, 08 marca 2007
Śląsk moich marzeń i snów

Mamy rok 2013. Nasze supermiasto w almanachach statystyków figuruje tuż za Paryżem i jest największym miastem w Europie Środkowej. Kilka lat temu w referendum na terenie dawnych miast mieszkańcy zadecydowali, że chcą mieszkać w Silesii. Nazwa ta ostatecznie pokonała Nowe Katowice i Aglomerację Śląską. Ostatecznie Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza i Będzin nie bez oporów, ale włączyły się w projekt supermiasta. Zbyt wiele mogły stracić. Naziemne metro, zagłębie motoryzacyjne, nowa wyższa uczelnia, ukraińskie i bułgarskie dzielnice. Poczytaj o moich wizjach dotyczących nowego miasta. Okiem optymisty, o tym jak Silesii się uda

poniedziałek, 05 marca 2007
"Kultowi" obywatele Śląska
Istnieją miasta, które takowych posiadają i wiedzą o nich - inne dopiero ich szukają. Szczęśliwi, którzy takich spotykają na swej drodze - jest co kolegom opowiadać przy piwie czy w autobusie. Czasem ich po prostu nie ma, lecz przeważnie chodzą niezauważeni przez nikogo. I tu również istnieją dwie możliwości - albo ich nie dostrzegamy, albo nie chcemy dostrzegać. Obydwie możliwości sprowadzają nas do tego samego wniosku: gonimy za czymś, co chcemy osiągnąć, a czego nie znamy. U nas, na Śląsku, takich postaci jest wiele. Skrywają się w tłumie, na ostatnich siedzeniach w autobusie czy stoją na tak eksponowanym miejscu, że aż trudno ich zauważyć. Tak, oni po prostu stoją. Uśmiechają się. Patrzą przez różowe okulary na rzeczywistość naszego regionu, nie nękani przez nikogo. Ale o co w ogóle mi chodzi?
sobota, 03 marca 2007
Kamil Durczok o swoim Śląsku
Pamiętam pierwszą wizytę na Śląsku moich przyjaciół z Warszawy. Ekspres wtoczył się na peron dworca w Katowicach. Koledzy wysiedli, potoczyli wzrokiem dookoła i jęknęli: "Jezu, jak ktoś tu mieszka, to musi mieć permanentną depresję" Poza Śląskiem pokutuje przekonanie, że nasza aglomeracja to wielka czarna dziura. Zdegradowana, zniszczona, zatruta i brzydka. Tak jak ze zdumieniem poznawałem te opinie, tak osłupiały słuchałem pierwszych wrażeń moich kolegów. Przecież mówili o moim Śląsku! O tej fantastycznej ziemi z fantastycznymi ludźmi, o bajkowym pejzażu pełnym stalowych smoków kopalnianych szybów. O zaułkach Nikiszowca i malarstwie Wróbla. O kobietach, których uśmiech sprawiał, że robiło się jasno. O domu, roladzie, kołoczu i fojerce. O tym wszystkim, co każdy z nas, Ślązaków, uważał za najpiękniejsze i podlegające jakiejś szczególnej ochronie.
Skopiuj CSS